Rozwój

Jak rozwinąć wyobraźnię, czyli igraszki z gadem

Obiecałem ten tekst w artykule „Skąd się biorą pomysły, czyli co widać w kałuży”. Muszę zacząć od sprostowania podstępnie przemyconej w tytułowym pytaniu tezy. Wyobraźni rozwijać nie trzeba. Sama sobie mknie z prędkością światła, nie oglądając się na nas. Wystarczy ją tylko uwolnić, a potem jedynym zmartwieniem jest nadążenie za nią. Brzmi prosto, bo jest proste… ale nie łatwe. Dlaczego? Bo wymaga odwagi.

„Kreatywność oznacza często prostą, cichą odwagę”
– Scott Berkun

Fot. _Bob Peterson / flickr.com

Fot. _Bob Peterson / flickr.com

Brzmi trochę zagadkowo (może nawet pompatycznie), ale zaraz wszystko się wyjaśni. Co więc możemy zrobić? Primum non nocere – po pierwsze nie szkodzić. Krótko mówiąc kwestia sprowadza się do tego, jak jej nie przeszkadzać? Na pewno każdy z nas uczestniczył kiedyś w zebraniu. Niektórzy być może w wielu i to regularnie, więc łatwo przypomną sobie ten uroczy klimat dyskusji typu – musimy coś wymyślić. Zazwyczaj na początku pada określenie – mniej lub bardziej dokładne – pożądanego celu, po czym zapada długa cisza… i słusznie, bo w tym momencie należałoby zebranie zakończyć. Później wyjaśnię dlaczego. Niestety zazwyczaj próbuje się tę ciszę przerwać mniej lub bardziej nieśmiałymi propozycjami rozwiązań, każdorazowo ochoczo kwitowanymi bardzo pewnymi stwierdzeniami typu: to już było, nikt tak nie robi, nie da się, to nie nasza sprawa, nie podoba mi się (zarezerwowane zwyczajowo dla szefów), to nic nie da, nie w naszym przypadku etc… Można by wyliczać bez końca. No w tym akurat jesteśmy bardzo kreatywni. Ilość sposobów na wynalezienie powodów niezastosowania pomysłów, albo ich ignorowania (czy wręcz unicestwiania) jest praktycznie nieograniczona i można by temu poświęcić odrębny tekst – co oczywiście zrobię. Aż prosi się by ten trend odwrócić. Musimy dokonać jedynie małej sztuczki:

przechytrzyć gadzi mózg

Okazuje się, że mamy takie „dziedzictwo” w głębi naszej głowy, nazywane w literaturze gadzim, lub jaszczurczym mózgiem. Pojęcie gadziego mózgu wprowadził amerykański neurolog Paul D. MacLean (w l. 60), a spopularyzował je Carl Sagan w l. 70 w książce – uhonorowanej nagrodą Pulitzera – “Rajskie Smoki” (“Dragons of Eden”). Zgodnie z opisanym tam modelem ewolucji mózgu kręgowców posiadamy w nim trzy obszary: najwcześniej rozwinięty i położony najbliżej pnia “mózg gadzi” (zwój podstawny ciała migdałowatego), dalej jest układ limbiczny i kora nowa – “najmłodsza”, najlepiej rozwinięta i odpowiedzialna (ujmując to w dużym uproszczeniu) za gromadzenie i analizę informacji, kojarzenie, uczenie się, twórczość i decyzje; to co nas najbardziej interesuje jeśli chodzi o wyobraźnię.

Na tym zakończę wtręt naukowy i nie będę opisywał, gdzie dokładnie jest gadzi mózg i jak wygląda bo i tak, jak przypuszczam, nikt nie będzie próbował się tam dostać, ale łatwo go rozpoznać po działaniu – i to jest dla nas najważniejsze. Jak działa gadzi mózg? Przede wszystkim skutecznie. I nie jest to wcale zła wiadomość. Wyobraźmy sobie sytuację na drodze, gdy jedziemy główną ulicą i nagle z podporządkowanej drogi wyjeżdża samochód wprost przed nas. Czujecie to? Ja to miałem. Na śniegu. Bez ABS-u. Pamiętam dokładnie co się działo po kolei. Te dwie sekundy. Noga automatycznie depnęła na hamulec. Sunę wprost w niego. Szybka myśl – uciekać w bok – więc puszczam hamulec i omijam intruza. Tak go postrzegam. Mijając przeszkodę pojawia się wściekłość, która bierze górę nad przerażeniem Dokładnie widzę intruza i mam do niego „określony stosunek”. Odjeżdżam dalej i wtedy zaczynają drżeć mi nogi, bo dociera do mnie, co zaszło i – przede wszystkim – co mogło zajść. Teraz dopiero jestem w stanie ocenić sytuację i moje reakcje. Na szczęście niezłe.

Tak,tak – gadzi mózg z założenia ma ratować nam życie, bo jego podstawowym zadaniem jest reagowanie na zagrożenia – ich wypatrywanie i uruchamianie odpowiednich instynktów: atak, ucieczka, albo zastygnięcie. Najpierw działa odruch, potem włączają się emocje (układ limbiczny), a na koniec możemy całość przemyśleć, nazwać wydarzenia i nasze odczucia oraz wyciągnąć wnioski. Jak w przytoczonej historii. Takim też szlakiem biegnie impuls od pnia mózgu przez gadzi mózg (ciało migdałowate), układ limbiczny do kory nowej. Jak w automacie przechodzimy przez sekwencję: odruch – emocje – myślenie. Z punktu widzenia biologicznego przetrwania jest to zbawienne. Cieszę się, że nie musiałem analizować opisanej powyżej sytuacji drogowej przed naciśnięciem hamulca i manewrem omijania. Obrona naszego organizmu jest nadrzędna i taki mechanizm to skarb. Więc w czym problem? Problem zaczyna się w sytuacjach, gdzie powinniśmy podejmować przemyślane decyzje, lub użyć wyobraźni zanim “emocje” zakleszczą się na jednym pomyśle czy odpowiedzi. Automatyczna ścieżka oznacza, że instynktowna reakcja i towarzyszące jej emocje tak na prawdę przesądzają o powzięciu decyzji (nieświadomej, obronnej i niepodważalnej). Myślenie służy wtedy już tylko wynalezieniu uzasadnień dla powziętych z góry decyzji. Używamy logiki do racjonalizowania tego, co podpowie nam instynkt, a odpowiednie, gotowe etykietki podsuwają nam uruchomione wcześniej emocje. Zajętego tak stanowiska bronimy jak niepodległości.. co tam niepodległości, jak własnego życia.

Sęk w tym, że w większości sytuacji życiowych, czy społecznych nie chodzi wcale o chronienie naszego ciała, naszego życia – tylko własnego ego. Okazuje się, że jest ono dla nas nawet cenniejsze niż życie. W jaki inny sposób wyjaśnić wyniki wielu badań, w których ludzie stawiali na pierwszym miejscu lęk przed publicznym wystąpieniem, plasując go przed (dużo niżej ocenianym) lękiem przed utratą życia. Oznacza to – jak ładnie skwitował to pewien komik – że każdy z nas, gdyby miał znaleźć się na pogrzebie, wolałby raczej miejsce w trumnie, niż rolę wygłaszającego mowę pogrzebową. Wystawić się na ocenianie przez innych jest gorsze od śmierci. Ochronę ego gadzi mózg traktuje jako swoje nadrzędne zadanie w większości sytuacji życiowych. Prawdziwe zagrożenia życia, powiedzmy sobie szczerze, zdarzają się niezwykle rzadko – wbrew temu co wmawiają nam ubezpieczyciele i często nasze wyolbrzymione wyobrażenia. Można by tu sparafrazować słowa Marka Twaina:

“przeżywamy w życiu wiele tragicznych zdarzeń, z których do paru o mało co by nie doszło.”

W większości spędzamy nasze życie na wypatrywaniu wydumanych zagrożeń dla ego, angażując nasz najbardziej twórczy zasób( korę nową) do racjonalizowania i doskonalenia ulubionych technik gadziego mózgu: odkładania spraw (prokrastynacja), nadmiernej krytyki, zamartwiania się, przesadnej dbałość o szczegóły czy wynajdywania wymówek.

Weźmy przytoczoną sytuację drogową i przełóżmy ją na wspomniany na wstępie schemat zebrania:
– Musimy coś zrobić z kosztami. Spada nam rentowność – zagaja prowadzący zebranie szef.
– Powinniśmy przejrzeć umowy z dostawcami, porównać oferty na rynku i renegocjować ceny – ochoczo proponuje energiczny manager działu rozwoju nowych produktów.
Osoba odpowiedzialna za produkcję widzi w nim intruza wyjeżdżającego z podporządkowanej drogi. Daje więc “po hamulcach”:
– Przymierzyliśmy się do tego w zeszłym roku. Nic nie dało. Straciliśmy przez to kilku wypróbowanych dostawców, którzy gwarantowali nam jakość. Nowi szybko podwyższyli ceny, a słabsza jakość podniosła koszty, w związku z licznymi reklamacjami – i wykonuje  manewr omijania – trzeba szukać ograniczenia kosztów gdzie indziej. Raczej już w fazie projektowania produktów.
– Co proponuje dział rozwoju? – rzuca szef idąc wyraźnie na czołowe.
Młody manager dziarsko wykonuje manewr omijania:
– Przy narzuconych rygorach jakościowych nic nie możemy zrobić.
Wszyscy myślą już tylko o szczęśliwym rozjechaniu się ze strefy zagrożenia. Zebranie kończy się ustaleniem terminu kolejnego zebrania.

Gadzi mózg widzi zagrożenie wszędzie

a zwłaszcza w tym co nieznane i nowe. Broni nas przed jakimkolwiek wychyleniem się i napytaniem sobie biedy. Bacznie wychwytuje i eliminuje wszystko co mogłoby nas wyprowadzić ze strefy komfortu i dobrego mniemania o sobie, a zwłaszcza wystawianie się na ocenę innych. Dlatego na zebraniach nie zabieramy głosu jeśli nie musimy (zwłaszcza w obliczu czołowego zderzenia). Jak już się odezwiemy, to tylko wtedy gdy mamy pewność, że znamy jedną jedyną, poprawną odpowiedź. A własną propozycję zgłosimy dopiero po upewnieniu się, że brak jej jakichkolwiek słabych stron. Oczywiście zazwyczaj to nie następuje i pomysł zgłasza ktoś inny, a nam pozostaje dorzucić nieśmiałe: “no właśnie też tak myślałem”. Niestety szkoła wspiera, wzmacnia i utrwala ten mechanizm – nagradza za słuszne odpowiedzi i skrupulatnie ocenia wszelkie uchybienia i odstępstwa od przekazanej wiedzy. Wyłamanie się z tego schematu i bycie kreatywnym może naprawdę zakrawać na heroizm. Świadome wystawianie się na dyskomfort to prawdziwe bohaterstwo. Ale nie ma rozwoju w strefie komfortu i komfortu w strefie rozwoju.

Jak więc zostać własnym bohaterem?

O tym w kolejnym tekście.

Dariusz Olak – na co dzień dyrektor finansowy z dłuuuugą praktyką (przyjaciele mówią mi finansowy… ale dla was po prostu Darek), któremu zawód nie przeszkadza w poszukiwaniu twórczych rozwiązań, inspiracji i zmian – i nie mam tu wcale na myśli kreatywnej księgowości. Ot, taka natura. Ona, jakiś czas temu, zawiodła mnie (choć jest niezawodna) za ocean do Buffalo, na coroczną konferencję organizowaną przez Creative Education Foundation (Creative Problem Solving Institute) – i tak przez wiele lat, dzięki czemu zostałem liderem procesu Creative Problem Solving, czyli metodycznego dochodzenia do nowatorskich rozwiązań. Całe życie szukałem inspiracji i powołania, zawsze czułem, że muszę robić coś innego i szukać dalej, aż pojąłem, że to właśnie jest moim powołaniem – szukanie inspiracji, ciągłe poszukiwanie tego co nowe, stała potrzeba dzielenia się tym z innymi i ciągłe inicjowanie zmian. Zmiany to życie. Jest wiele cytatów na ten temat. ale przytoczę tu tylko dwa: „Jeśli skończyłeś ze zmianami, koniec z tobą” – Benjamin Franklin i „Jeśli chcesz zrobić sobie wrogów – spróbuj coś zmienić” – Woodrow Wilson. Można więc na kwestię zmian patrzeć z różnych perspektyw, ale do mnie zdecydowanie przemawia ta pierwsza. Dlatego uwielbiam zaskakiwać sam siebie, próbuję inspirować innych (podczas szkoleń, sesji i warsztatów) i wprowadzać zmiany. Słowem jestem Czarodziejem Zmian (po angielsku Change Wizard – nie ma takiego zawodu póki co, więc z góry zaklepuję sobie miejsce). Niektórzy mówią na to fachowo facilitator, co dokładnie tłumaczy się jako „ułatwiacz” i brzmi raczej jak środek na przeczyszczenie, wiec pozostanę przy swoim Czarodzieju. Ty też możesz zostać Czarodziejem. Podobno cudów nie ma, ale za to jak cudownie jest próbować.

Komentarze