Biznes

Trenowanie samca alfa

samiec alfa

Na blisko dwa miesiące wyłączyłem się z życia. Wyjechałem na zimę zadowolony, że oszczędzę na ogrzewaniu, a tutaj niespodzianka. Ponad 10 stopni ciepła w styczniu. W tym kraju naprawdę idzie się zdenerwować wszystkim.  Nawet jak zimą jest ciepło :) . No ale wracając do poważnych spraw, chciałem dzisiaj poruszyć temat testowania biznesu.

W literaturze motywacyjnej popularny jest argument, mówiący o tym ze biznes powinien pracować sam, bez naszej obecności. Najlepiej abyśmy wyjechali na pół roku do ciepłych krajów, a po powrocie odkryli, że nasza firma jest dwa razy większa. Wbrew pozorom często tak się zdarza. Po powrocie firma jest dwa razy większa, tylko niekoniecznie dalej należy do nas.

Od blisko pięciu lat robię wywiady radiowe z przedsiębiorcami. Jestem też chyba najczęściej pojawiającą się osobą na zajęciach w ASBIRO. Z zebranych doświadczeń mogę wywnioskować, że przedsiębiorcy najczęściej narzekają na to, że pracują za długo, po 8 czy 12 godzin na dobę oraz na to, że nie mogą znaleźć odpowiedzialnych ludzi do pracy. Problemem nie jest samo to, że pracownicy zawsze swoją pracę wykonują dłużej, gorzej i drożej niż ich pracodawcy. To są fakty z którymi każdy musi się pogodzić. Problemem jest niesamodzielność w pracy i brak umiejętności wzięcia na siebie odpowiedzialności przez pracowników.

W świecie zwierząt stadem kieruje samiec bądź samica Alfa. Jest grupa i jest lider. W stadzie nowy samiec Alfa pojawi się dopiero, w zależności od gatunku, po naturalnej śmierci tego pierwszego, przegranej przez wodza walce lub jakiejś innej konkurencji sportowej jak odpowiedni ryk, śpiew czy taniec. Jeżeli chcemy sprawić, aby pracownicy brali na siebie większą odpowiedzialność musimy ustąpić miejsca i pozwolić jednemu z nich, aby naturalnie przejął pozycje samca Alfa i na pewien czas wycofać się z życia firmy zupełnie.

Odkryłem tę metodę, gdy jadąc w jednym roku na woodstock to w pierwszych 10 godzinach podróżny odebrałem jakieś 10 telefonów. Pracownicy pytali się co zrobić z tym, a co z tamtym. Prosili abym dał im wskazówki gdzie szukać produktów, czy co odpisać danemu klientowi czy dostawcy. Na szczęście zgubiłem wtedy telefon i przez kolejny tydzień nie było ze mną kontaktu. Gdy wróciłem okazało się, że firma się nie zawaliła. Gdy nie mogli czegoś znaleźć to otwierali wszystkie pudła dopóki nie znaleźli, gdy nie wiedzieli jak zamówić towar od któregoś z dostawców to dzwonili do niego i sami się pytali. Wymagało to wszystko od nich większej ilości pracy, ale tylko za pierwszym razem. Za każdym kolejnym byli już mądrzejsi, a jeden z nich nawet dobrowolnie został godzinę czy dwie po pracy, aby dokończyć pewne rzeczy. Miałem już swojego człowieka.

Wtedy też podjąłem decyzję, że muszę się z firmy wyprowadzić i jak tylko mogę to utrudnić pracownikom kontakt zemną. Pojawiła się wtedy u mnie zasada, że na mail nigdy nie odpowiadam tego samego dnia. No chyba, że to klient. Problemem było to, że pracowaliśmy w tym samym budynku. Wynająłem więc biuro w innym oddalonym o 2 km budynku i stamtąd kierowałem firmą. W efekcie nowy samiec alfa sam się znalazł, a ja mogłem pracować spokojnie nad kolejnymi rzeczami.

Jeżeli więc doszedłeś do wniosku, że pracujesz w swojej firmie za długo, i przemknęło ci przez myśl, że Twoim pracownicy nie są odpowiedzialni i często zgłaszają się do Ciebie z błahymi problemami to znaczy, że jesteś zbyt dominujący i powinieneś zniknąć na jakiś czas. Przedsiębiorcy w takich sytuacjach często mówią, że rozwiązaniem ich bolączek będzie zatrudnienie kogoś nowego wykwalifikowanego za dobre pieniądze, aby przejął za nich trudny zarządzania pracownikami. Niestety jak się okazuje nie trafili na swojej drodze takiego człowieka, który byłby na tyle odpowiedzialny, aby taką rolę spełnić. Prawda jest taka, że nigdy takiego nie trafią.

Ileż to rozmów przedsiębiorcy mieli ze swoimi pracownikami, żeby ci byli bardziej decyzyjni. Tłumaczy się im, że zła decyzja jest lepsza od braku decyzji. Tłumaczy się im, że nie mają ślepo wykonywać poleceń, a jeżeli ktoś sprzeciwi się naszej decyzji będzie więcej warty w naszych oczach. Tłumaczenie nie działa. Dlatego też radzę w takich momentach się wycofać, zniknąć z życia firmy i czekać na pojawienie się nowego lidera.

I tak też właśnie systematycznie wprowadzam tę zasadę. W zeszłym roku byłem ponad miesiąc w Zambii z wyłączonym telefonem i programem pocztowym. W okolicach lipca zniknąłem na 4 tygodnie na pustyni w Nevadzie, a teraz 2 miesiące pod Palemką. W sumie to prawie 5 miesięcy w zeszłym roku spędziłem z wyłączonym telefonem i nie logując się na pocztę. Oczywiście strata kontaktu z firmą nie znaczy, że się nie pracuje, wręcz przeciwnie. Opowiem wam kiedy indziej nad jakim ciekawym projektem pracuje.

Po każdym takim powrocie do funkcjonalności czeka masa maili, masa zaległości i masa informacji zwrotnej co nie funkcjonowało podczas wyjazdu. Twoja praca jako właściciela powinna polegać na tym aby pracować właśnie na tej informacji zwrotnej, a nie na bieżąco zarządzać firmą. Z mojego ostatniego powrotu mam masę informacji zwrotnej. Jeżeli chodzi o ASBIRO to nie mamy najmniejszego problemu z rekrutacją. Zwłaszcza na licencjat. Jeszcze nie znamy warunków nowej rekrutacji, jeszcze nawet nie mamy oferty, a ludzie mailami się zapisują i chcą wpłacać zaliczkę aby zarezerwować sobie miejsce. Obawiam się, że jak uruchomimy rekrutację to zostanie tylko połowa miejsc. To nie rekrutacja jest naszym problemem ale wszystko aby obsłużyć studentów. Pewne procedury się sprawdziły, pewne były porażką i to właśnie nad tym Ja muszę popracować.

To tyle w tym temacie. Ciekawy jestem co wy sądzicie o takim sposobie zarządzania. Największa moja firma w całym życiu liczyła 27 osób. Masa błędów sprawiła, że firma ledwo się ruszała pod swoim ciężarem i tym, że brakowało mi doby. Nad ASBIRO pracuję zupełnie inaczej, a nie jest to już tak mała firma jak kiedyś. Na całym świecie zaangażowane jest już 12 osób.

Drugi temat jaki chciałem poruszyć to sprawa stypendiów.  Od 1 stycznia uruchamiamy w Fundacji ASBIRO testowy program fundowania stypendiów dla zdolnych uczniów z Afryki. W wielkim skrócie ma to wyglądać tak. Szukamy 20-25 osób, którzy ufundują stypendium dla zdolnych dzieciaków. Stypendium będzie wynosić 25 dolarów miesięcznie i trzeba ufundować minimum rok. Można wpłacać do nas w ratach, lub jednorazowo. Razem to będzie 300 dolarów, więc około 900 zł za cały rok. Z każdych 25 dolarów 5 dolarów zostaje na naszym koncie jako fundusz zabezpieczający. Gdyby ktoś wpłacał ratami i nagle zrezygnował to musimy mieć jakiś fundusz awaryjny. Oczywiście przy 20 sponsorach to nie problem, sam założę brakującą kwotę, ale po pierwszym roku testowym chcemy z tym programem wyjść dalej. A gdy odłożymy większą ilość i nam zostanie to będziemy z tych pieniędzy sponsorować więcej dzieciaków. Z pozostałych pieniędzy 5 dolarów będzie odłożone na koncie dla szkoły która uczestniczy w programie. Szkoła dostanie te pieniądze na koniec roku szkolnego, pod warunkiem uczestniczenia w programie, spełniania obowiązków, wywiązywania się z terminów itp., oraz będzie je mogła wydać na konkretne cele, które będą wypisane w umowie np. remont klasy czy pokrycie kosztów wyjazdów dzieci na olimpiady i konkursy. Pozostałe 15 dolarów będzie przekazane dziecku. Przekazanie będzie następowało raz na 3 miesiące. Pieniądze przekazywać będzie Jacek Gniadek, na specjalnym spotkaniu w parafii w ładnej kopercie bezpośrednio do dziecka. Oczywiście rodzice z tego zapłacą za szkołę, ale chcemy aby dziecko miało świadomość, że to jego zasługa. Nie wszystkie dzieci będą uczestniczyć w programie. Będziemy od nich wymagać odpowiedniej średniej ocen, obecności na zajęciach oraz uczestnictwa w dodatkowych zajęciach.

Cały sekret tego programu to będą te dodatkowe zajęcia. Docelowo będą się one odbywały raz w tygodniu, jednak w pierwszym roku testowym raz na miesiąc. Najtrudniejsza część to przygotować program tych zajęć, dlatego też w pierwszym roku program kierujemy tylko dla dzieci z pierwszej i drugiej klasy szkoły podstawowej.  Tak małe dzieci na zajęciach będą bawiły się w gry edukacyjne, będą słuchać edukacyjnych bajek a następnie będą musiały narysować rysunek związany z daną bajką. Bajki zawsze będą z morałem wolnorynkowym itp. Kto ukradł mój ser, Ja ołówek czy Konik polny i mrówka w wersji Krzysztofa Habicha. W przyszłości starsze dzieci dostaną do przeczytania lektury w domach typu biedny ojciec bogaty ojciec czy te bardziej dające się czytać książki z zakresu Austriackiej Szkoły Ekonomii. Oczywiście każdemu sponsorowi przyporządkujemy innego ucznia i będziemy mu przesyłać prace dzieci i ich postępy w nauce. Mam nadzieje, że z każdym rokiem będziemy włączać do programu coraz to starsze dzieci, i program zajęć dodatkowych będzie bardziej skomplikowany. Dla dzieciaków wymyślamy cała masę edukacyjnych zabaw, może jakiś teatrzyk zorganizują, a dal starszych to już będą konkretne zadania.

W testowym programie współpracujemy ze szkołą Johna z Lindy. Mogliście ją zobaczyć w krótkim amatorskim wywiadzie jaki zrobiłem podczas mojego ostatniego pobytu w Lindzie. Możecie go zobaczyć na YouTube. Jest to prywatna szkoła, w której dzieciaki płacą 13 dolarów miesięcznie za naukę i jest to najlepsza szkoła z trzech, które są w Lindzie, a udział 20-25 sponsorów w programie pozwoli dać stypendium 15%, najbardziej pracowitym i odpowiedzialnym pierwszo i drugoklasistów.

Wywiad z Johnem
www.youtube.com/watch?v=WlLIZPK_7nA

Tak w wielkim skrócie mamy to obcykane. Pierwszy rok testowy ruszamy, aby zobaczyć jak to będzie działać w praktyce. Szukamy osób, które by się mogły w to zaangażować jako sponsorzy, ale nie tylko sponsorzy ale także jako osoby, które dawałyby nam informacje zwrotną. Musimy stworzyć wszystko od zera, od umów, materiałów promocyjnych, programów nauczania, oprogramowania komputerowego, które by pomagało w zarządzaniu tym wszystkim, przez modele współpracy ze szkołami, procedurami kontroli, mechanizmami przekazywania pieniędzy bez prowizji bankowych, aż po metody dotarcia do kolejnych sponsorów, zbierania feedbacku itp. Dlatego od pierwszych sponsorów oczekujemy nie tylko pieniędzy, ale także włączenia się w ukształtowanie całego programu. Będziecie bombardowani ankietami, telefonami czy może nawet konferencjami na skypie. Tak aby po roku stworzyć narzędzie pozwalające dać możliwość edukacji zdolnym dzieciakom. Dwa lata temu, dziewczyna z sierocińca pod Lusaką zdobyła najwięcej punktów na testach do przyjęcia do Stanford.

Program jest na razie testowy i po roku działania zadecydujemy czy będziemy to kontynuować. Ja uważam, że to wspaniała rzecz., ale praktyka wszystko wykaże. Gdyby ktoś z was był zainteresowany współpracą przy tworzeniu takiego programu dajcie mi znać. Maila znajdziecie w dziale kontakt. Z góry serdecznie dziękuję.

Trzymajcie się.

Kamil Cebulski

Byłem przedsiębiorcą. No może nadal nim jestem, ale nie w takim wymiarze jak kiedyś. Swoją pierwszą firmę założyłem w wieku 16 lat, a poważną karierę zakończyłem mając lat 25. Wtedy to postanowiłem zwolnić i skupić się na innych rzeczach niż działalność gospodarcza.

Komentarze